Panna O Leniwym Głosie drapała opuszkami brzuszyska kosmatych chmur. Drapała i drapała a chmury chichotały wtórując świszczącemu wiatrowi.
Panna O Leniwym Głosie leżała plecami gniotąc cierpką trawę. Te, wraz ze zdeterminowanymi komarami pozostawiały czerwone faktury swojego istnienia na perłowo miękkiej skórze.
Panna O Leniwym Głosie prawą ręką ocierała mój nos sądząc, że to amulet.
Myliła się.
Nie przynoszę szczęścia.
Wtulona w Jej ramię pomiędzy powietrzem i ziemią nie mogłam zrobić nic. Tylko marzyć. Więc marzyłam.
Panna O Leniwym Głosie nieśpiesznie uwalniała słowa pobudzając marzenia. Ocierała je każdym słowem.
Pieściła samogłoskami. Spółgłoskami szczypała. Interpunkcja to były szybkie ukłucia.
Dotykała mnie nimi a ja drżałam z przejęcia i szczodrości.
Leniwy Głos Panny sączył się z ust tak jak sączy się mate.
Sennie.
Otulała szczelnie jak formalina konserwując pragnienia parujące w ten duszny wieczór.
Panna O Leniwym Głosie kiedyś stanie się dla mnie niemową. A może to ja stanę się nieczuła na Jej gęste słowa?